Początki działalności

Moja przygoda z opozycją gorzowską zaczęła się od zamieszek ulicznych w sierpniu 1982r. Krótko po tym Jarek Porwich zaproponował mi, żebym wziął udział w akcjach ulotkowych na terenie Gorzowa. Jarek Porwich wciągnął mnie do tej pracy. Był moim bliskim kolegą, przyjacielem i już wtedy działał. Ja z kolei wciągnąłem moich kolegów z klasy. Uczęszczałem wtedy do ZSZ przy Zakładach Mechanicznych „Ursus”. Nasza akcja nie powiodła się, bo zostaliśmy złapani. To był rok 1983. Wpadliśmy razem z Jarkiem i dwoma moimi kolegami.

Radio Solidarność

Od kwietnia 1987 roku, po wyjściu z wojska, związałem się z Radiem „Solidarność”. Radio już wówczas funkcjonowało, grupę „radiowców” tworzyli: Krzysiek Sobolewski, bracia Grzegorz i Jarosław Sychla, Jarek Porwich i inni.

Bronek Żurawiecki organizował mocną, skutecznie działającą grupę. Dysponentem sprzętu radiowego była RKW „S”. Brałem udział w działalności Radia około dwóch lat. Nadaliśmy wówczas kilkadziesiąt audycji (między 30 a 50). Pierwszą nadaliśmy na Dolinkach. Uczestniczył w niej Bronek Żurawiecki i inni moi koledzy z RMN-u – było to w maju lub czerwcu 1987r. Część audycji radiowych czytała moja poprzednia żona – Beata.

Mieliśmy też urządzenie do nasłuchu telewizji, które pozwalało nam sprawdzić, jak nadawany jest nasz sygnał. Nadawaliśmy też audycje w Stilonie. Podpinaliśmy się do linii nadawczej – radiowęzłowej.

Nadawanie audycji radiowych odbywało się głównie z najwyższych punktów Gorzowa. Gorzów jest tak ładnie położony na wzgórzach, co można było łatwo wykorzystać.

Maszt z rury odkurzacza

Nadawaliśmy z poligonów, wieżowców. Jedna z takich akcji miała miejsce na dachu wieżowca, przy ulicy Gwiaździstej. To była jedna z bardziej spektakularnych akcji. Weszliśmy na dach, wszystko odbywało się jak zwykle, czyli zabezpieczyliśmy to, co trzeba było zabezpieczyć i rozejrzeliśmy się po okolicy. Ustaliliśmy miejsce nadawania audycji, po czym rozwinęliśmy ten sprzęt i w tym momencie, jeśli dobrze pamiętam, razem z Grzesiem staliśmy jako ochrona przy wejściu i ubezpieczaliśmy resztę. W akcji brali także udział: Grzesiu i Jarek Sychla oraz Krzysiek Sobolewski. Nadawaliśmy we czterech. W pewnym momencie, kiedy nadawaliśmy tę audycję, ktoś wszedł – jak się później okazało, był to funkcjonariusz SB, Jan Zawitkowski. Ogólnie był bardzo zaskoczony całą tą sytuacją. Wszedł na ten dach, żeby nas wypatrzeć, nie przypuszczał, że jesteśmy akurat na nim. Zaatakowaliśmy go i obezwładniliśmy. Wiadomo, w tej sytuacji trzeba było się bardzo szybko ewakuować, więc zwinęliśmy część sprzętu, czyli najbardziej wartościowe rzeczy – nadajnik z oprzyrządowaniem, natomiast cięższe rzeczy i maszty pozostawiliśmy. Później jeszcze „esbecja” się troszeczkę z nas śmiała, bo te maszty to mieliśmy z takich, co prawda dobrej jakości, ale jednak rur od odkurzacza. Ale maszty i akumulatory zostawiliśmy, uciekając z tego miejsca. SB zatrzymała mnie dopiero po 48 godzinach. Jak dobrze pamiętam, to w gabinecie dyrektora „Stilonu”, gdzie pracowałem. Dostałem wtedy sankcję, co było poprzedzone konfrontacją u prokuratora z funkcjonariuszem SB, który wpadł na nas na dachu. Postawiono mi szereg zarzutów, łącznie z pobiciem. Zastosowano wobec mnie trzymiesięczny areszt tymczasowy. Bronili nas wtedy mecenasi Jerzy Wierchowicz i Jerzy Synowiec. Po jakichś trzech tygodniach zostaliśmy zwolnieni z braku dowodów.

Sprzęt radiowy

Sprzęt radiowy składał się z części głównej, z przełącznikiem małej i dużej mocy emisyjnej, potencjometru służącego do dostrajania emitowanej fali na wymaganej częstotliwości oraz regulatora zagłuszacza fali. Dodatkowo mieliśmy wzmacniacz z chłodzeniem, akumulatory, specjalnie przystosowany odbiornik sygnału TV, antenę kierunkową i antenę ośrodkową, na którą mówiliśmy „miotła”. Obsługa wyglądała w ten sposób, że sprzęgaliśmy ze sobą elementy radia i montowaliśmy antenę nadawczą. Zazwyczaj, właściwie za każdym razem, korzystaliśmy z anteny kierunkowej, dlatego że ona miała bardzo duży zasięg, czyli emisja szła do przodu i do tyłu, na kilkanaście kilometrów, w jakimś stosunkowo wąskim korytarzu nadawczym. W tej sytuacji, żeby osiągnąć taki maksymalnie dobry odbiór, trzeba było się z tą anteną mniej więcej ustawić pod kątem 90 stopni i puścić w czterech kierunkach. Wszystko zależało też od miejsca, z którego nadawaliśmy. Bo niekiedy zasięg był zbyt mały i warto było się przemieścić na przykład w przeciwległe miejsce Gorzowa i tam powtórzyć tę audycję. Ale wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że sprzęgaliśmy ze sobą te dwa elementy, montowaliśmy antenę nadawczą, włączaliśmy odbiornik państwowego sygnału TV, to był wtedy nasłuch strojenia i nastawialiśmy wzmacniacz na małą moc nadawczą. Na tej małej mocy nastawialiśmy zagłuszacz sygnału państwowej TV, po czym nakładaliśmy swój sygnał mocniejszy w stosunku do państwowego. Gdy wszystko było odpowiednio zestrojone, włączyliśmy magnetofon z przygotowaną wcześniej audycją i odpalaliśmy już sprzęt na dużej mocy nadawczej. W ten sposób radio mogło działać maksymalnie sześć minut, bo później się przegrzewało, mimo że było chłodzone. Po sześciu minutach sprzęt musiał chwilę odpocząć. I tak trzeba było montować audycję, żeby nie przekraczała tych sześciu minut.

Namierzanie

Z tego co wiem, SB posiadała pelengatory, ale to były chyba pelengatory w ruchu. Natomiast wojsko posiadało najprawdopodobniej trzy anteny stacjonarne, których celem było złapanie kierunku naszego nadawania i później określenie współrzędnych, to jest poprzez wyłapanie sygnału, kierunku i zbieżność tych trzech anten. Tak to z pewnością wyglądało. Namierzenie pewnie zajmowało chwilę, ale niedługo, natomiast sam dojazd do tego miejsca zajmował więcej czasu. Na pewno namierzali nas i cały czas mieli to na uwadze. Cały sztab ludzi nad tym musiał pracować. Bardzo często zdarzało się przy naszym powrocie z akcji, że mijaliśmy nieoznakowane pojazdy SB. Każdy z nas znał większość tych pojazdów.

Pościg kontrolowany

Dosyć ciekawą akcję przeprowadziliśmy na terenie Międzyrzecza. Brali w niej udział Bronek Żurawiecki, bracia Jarek i Grzegorz Sychla, i ja. Pojechaliśmy do Międzyrzecza, do domu Stasia Bożka, działacza „Solidarności” z Międzyrzecza (późniejszego posła). Nadawaliśmy audycję z dachu jego domu i w pewnym momencie zauważyliśmy, zaraz po rozłożeniu sprzętu, jak już nadawaliśmy, że policja otacza ten budynek. Mimo tego dokończyliśmy nadawanie. Widzieliśmy, że nie wjeżdżają na posiadłość, tak więc dokończyliśmy tę audycję. Trzeba było wtedy bardzo szybko ustalić jakiś plan ewakuacji. Zresztą to byłoby trochę śmieszne, może nawet obciach, bo w Gorzowie tyle lat nas ścigali, a nie mogli złapać. Działaliśmy tak skutecznie, że praktycznie nie mieli żadnych możliwości, żeby nas złapać. A w Międzyrzeczu milicja by nas tak raptem „trafiła”? Ustaliliśmy szybko plan. Stasiu posiadał, jak dobrze pamiętam, mercedesa 123, to był „Puchatek”, na tamte czasy dobry samochód. Ustaliliśmy, że położymy poduszki na tylnych oparciach, żeby imitowały, że ktoś tam siedzi. No i kazaliśmy jemu wyjechać na całym gazie ze swojej posiadłości. Tak też się stało. Cały pościg ruszył za nim i skupił się na mercedesie. A my wtedy mieliśmy czas na ucieczkę. Pobiegliśmy w stronę miasta, dobiegliśmy do szkoły, ale sytuacja była dość nieciekawa, dlatego że miasto w tym momencie było „prześwietlane” przez milicję. W tej sytuacji, co robić? Ustaliliśmy, że trzeba poświęcić jednego z nas, żeby uratować nadajnik. Wypadło na mnie. Poszedłem wtedy „na zająca”, wziąłem do torby akumulator, naładowałem tam jeszcze innych rzeczy i wybiegłem prosto na milicjantów. Nadajnik, razem z tym całym ważnym osprzętem, wziął albo Grzesiu, albo Jarek. Milicjanci zobaczyli mnie i zaczęliśmy biegać, latać, ścigać się, tak może przetrzymałem ich z pięć minut, zanim mnie zatrzymali. Ale właśnie ten czas pozwolił Grześkowi i Jarkowi umknąć ze sprzętem. Zatrzymali mnie i puścili po kilku godzinach, gdy skonsultowali się z wyższym szczeblem SB. Okazało się, że nie mogą się doszukać przepisu, zabraniającego biegania po mieście z akumulatorem. I tak trochę śmiechu z tego było, ale sprzęt został uratowany, i wszystko dobrze się skończyło.

Inne akcje – transparenty

Jedną z naszych najbardziej spektakularnych akcji, przeprowadzonych na terenie Stilonu, należy bez wątpienia zawieszenie 15-metrowej flagi Solidarności na metalowym, wysokim na 70 metrów, kominie przy wydziale PJ I.

Flaga na kominie PJ, jak sobie przypominam, wywieszona została jesienią 1988 r. Wraz ze mną w akcji uczestniczył Jarek Porwich. Komin miał wysokość ok. 70 m, więc flaga musiała być odpowiednio duża. Zrobiliśmy ponad 15-metrową, szeroką wstęgę i na azotowni (konkretnie w pomieszczeniach napełniania azotu, do których przez 90% czasu nikt nie miał dostępu) namalowaliśmy bardzo duży napis „Solidarność”. Do tego celu na szybko skonstruowałem pistolet podciśnieniowy do malowania, który następnie został zasilony sprężonym azotem z jednej z wielu butli znajdujących się w tym pomieszczeniu. Sama flaga została zwinięta wraz ze sznurami pomocniczymi – idea była taka, aby rozwijanie flagi było kontrolowane, a następnie, po jej rozwinięciu, miała zostać przywiązana u swego dołu na stałe. Podczas schodzenia, po przytwierdzeniu flagi, chciałem pomalować (towotem) jakąś część szczebli drabinki wejściowej po to, aby utrudnić szybkie dotarcie do flagi. Akcję przeprowadziliśmy przed pierwszą zmianą, czyli ok. godziny 5:30. Okazało się jednak, że wiatr w tym dniu szalał na tyle, że kontrolowane rozwinięcie było po prostu niemożliwe. W tej sytuacji nie było potrzeby, aby Jarek też wchodził. Na komin wszedłem więc sam, zawiesiłem na szczycie flagę i puściłem ją wolno. Powiewała pięknie przez parę godzin[1].

Podobną akcję przeprowadziliśmy, zawieszając na wieżowcu przy ulicy Pomorskiej olbrzymiej długości napis „Solidarność Stilonowska”[2].

Transparent na wieżowcu przy ul. Pomorskiej na przeciw bramy „Stilonu” widoczny był już z połowy głównej alei zakładu. Wbrew pozorom była to akcja bardzo trudna, także i z tego powodu, że SB, nie wiadomo dlaczego, obserwowała w przeddzień całą okolicę tego osiedla. Właściwie nie do końca było to dziwne, bo w tym wieżowcu mieszkali bracia Sychlowie, a w drugim z kolei bracia Sobolewscy. Treść tego wielkiego transparentu stanowiła „Solidarność Stilonowska” oraz żądania (nie pamiętam ich teraz). Akcja była bardzo szybka i wyjątkowo skuteczna. SB, mimo że była w pogotowiu, nie mogła usunąć tego transparentu, bo właściwie podwójnie ich przechytrzyliśmy. Zrobiliśmy tak: albo bracia Sychlowie, albo Sobolewscy przygotowali dla mnie i dla Jarka Porwicha pole do działania. Polegało to na tym, że na umówiony sygnał wyłamali z drzwi wejściowych na dach tego wieżowca kłódkę i zawiesili naszą. Następnie dostaliśmy sygnał od nich, że już można działać, wtedy otworzyłem „nasz” dach, wszedłem na niego i zawiesiłem na ścianie wieżowca ten ogromny transparent. Następnie, wycofując się z miejsca akcji, zamknęliśmy wejście na dach tą naszą, solidną kłódką. Esbecy, kiedy się połapali, co się stało, przystąpili z kolei do swojej pracy, która okazała się niewykonalną (z powodu kłódki nie mogli sforsować metalowych drzwi).

Straż pożarna natomiast nie miała w tym chyba interesu i do akcji podeszła bardzo opieszale. Tak więc trwało to na tyle długo, że pierwsza zmiana, wychodząca ze „Stilonu” i druga – wchodzącadokładnie widziały piękny transparent.